Witam wszystkich! Mam protruzje tylno prawostronną do 6mm dysku na poziomie L5-S1. Dysk opiera się o nerw, ale go nie uciska. Mam dolegliwości w postaci ostrych stanów bólowych co pół roku gdzie muszę tydzień leżeć i czekać aż przykurcze mięśni puszczą. Na codzień mam strasznie *** bóle o małym nasileniu w prawej nodze i pośladku. Takie dziwne pieczenia, kłucia, ciągnięcia, takie ćmienie nogi jak w reumatyzmie. Trwa to już siedem lat... Generalnie jak się na mnie popatrzy to zdrowy człowiek jestem, przejdę bez problemu 10km, przejadę rowerem 20, na basen chodzę itd. Jednak te dolegliwości strasznie mnie podłamują psychicznie, musiałem zrezygnować z wymarzonej pracy, ta dolegliwość blokuje moje życie, bo nie wiem czy wstanę jutro normalnie z łóżka, czy cały powykręcany. Niczego nie mogę zaplanować bo przy jakimś większym stresie przykurczają mi się mięśnie i pojawia się ból. Jak poszedłem do szpitala to chcieli mi usunąć ten dysk i wstawić sztywny implant cage. Nie zgodziłem się na taką operacje, bo chciałbym być jeszcze aktywny. Pytanie mam czy przy 6mm protruzji już nic się nie da zrobić z dyskiem i tylko pozostaje go usunąć. Dla mnie to jest strasznie dziwna sprawa, bo leżałem na sali z ludźmi, którzy ledwo chodzili i oni nie mieli wyboru. Wiem, że są metody odparowywania jądra miażdżystego i obkurczania pierścienia włóknistego i że jest to małoinwazyjny zabieg bez potrzeby 5cm nacięcia i tak rozległej operacji jak przy usuwaniu dysku i wstawianiu implantu sztywnego. Generalnie neurochirurg, u którego byłem był bardzo małomówny i tajemniczy. Mówił na zasadzie, że on nie wie jak mnie to boli i czy ma mnie zapisać na zabieg. Dopiero potem w szpitalu było moje zdziwienie, że chcą mi dysk usunąć. Generalnie to wygląda to tak, że jak mega boli to człowiek się na wszystko zgadza, a jak idzie wytrzymać z bólem to się waha. Dodam, że fizjoterapia trochę pomaga, ale na krótko. Co robić? Czy jest dla mnie jakaś szansa na poprawę jakości życia?